Rezonans z dyfuzją – Gliwice.


Choroba / poniedziałek, 7 Styczeń 2019

27 listopada 2018r. przyjechaliśmy z bratem Staszkiem na miejsce na 8.00 rano. Wykonałam telefon do naszej pani doktor, miała nam ona przynieść skierowanie na badanie rezonansem. I tak też się stało. Czekaliśmy ok 40 minut i poproszono mnie na badanie. Pani pielęgniarka trzykrotnie próbowała wkuć się w moje zrośnięte już żyły. Teraz to już ciężko pobrać mi krew czy założyć welflon. Na szczęście badanie trwało ok 40 min więc byłam w stanie to znieść. Jak zawsze podczas rezonansu odmawiałam Koronkę do Bożego Miłosierdzia a potem różne inne modlitwy i w ten sposób skutecznie odciągałam myśli o tym, że jestem zamknięta i nie mogę się ruszyć. Po wyjściu z pomieszczenia pani poinformowała mnie, że za 40 min ponownie będzie zrobione mi badanie ale już tylko przez 5 minut.

W trakcie czekania rozwinęła się rozmowa z osobami, które również czekały w kolejce na badanie. Zaczęło się od tego, że jesteśmy z Rzeszowa a każdy tam ma kogoś z rodziny a potem jakoś temat potoczył się w kierunku choroby. Jak zaczęłam opowiadać w skrócie co mnie spotkało wszyscy na poczekalni zamarli i słuchali. Jak skończyłam opowiadać swoją historię włączył się młody chłopak, który siedział z dziewczyną obok, jak się okazało to jego żona. Okazało się, że nasze historie były identyczne tylko, że chodziło o innego guza. Podobnie razem byłyśmy w ciąży, podobne objawy, obsługa medyczna, 3 miesięczne rokowania przeżycia itp. Jedynie co nas różniło to skala ostatecznego problemu. Mój czerniak wydający się beznadziejnym przypadkiem w porównaniu do problemu tej dziewczyny był niczym. Guz jaki posiadała dziewczyna był tak niespotykany w Polsce, że żaden lekarz nie chciał wziąć odpowiedzialności i podjąć się ponownego wycięcia guza, który niestety zaczął odrastać.

Do tego czasu byłam przeświadczona, że jestem ewenementem w skali problemu i swojego wieku, ta dziewczyna miała zaledwie 28 lat i już taki problem ją dotyczył. Została ledwo uratowana tak jak ja na stole operacyjnym a podobnie jak ja była leczona na zatoki.

Wykonano mi badanie i mogliśmy wracać do domu ale mieliśmy jeszcze plan aby spotkać się z lekarzem, z którym byłam wstępnie umówiona dzięki profesorowi z Warszawy. Udaliśmy się na oddział, gdzie doktor dyżurował. Spotkaliśmy go na korytarzu i znów ku naszemu zdziwieniu lekarz od ręki nas przyjął, kazał odczekać ok 15 min bo miał coś innego w tym momencie do zrobienia ale punktualnie przyszedł i nas zaprosił do gabinetu. Okazało się również, że już z tym lekarzem się spotkałam wcześniej ! To on po raz pierwszy mnie przyjmował w Gliwicach i zaproponował immunoterapię. Ja wtedy nie do końca wierzyłam w jego słowa bo wydawał mi się za młody na lekarza, który miałby wystarczająco wiedzy i doświadczenia (głupie moje myślenie). Widząc go teraz i po poleceniu go przez profesora oraz naszej bardzo wyczerpującej wizycie ostatecznie oceniłam go bardzo wysoko. Jest to młody ale bardzo mądry lekarz, który wie co mówi. Poświęcił nam tyle czasu ile potrzebowaliśmy pomimo tego, że byliśmy nieumówieni. Wyjaśnił wszystko od A do Z. Był zaskoczony moim bardzo dobrym samopoczuciem co oznaczało, że choroba nie do końca może być rozwinięta lub w ogóle może jej już nie być. I znowu zaskoczenie, przepraszał mnie, że mnie nie pamięta…. Za co tu przepraszać. Ale kultura tego człowieka objawiła się w tej drobnostkowości. Po przybliżeniu mu mojej sytuacji szybko przypomniał sobie nasze spotkanie w lipca i umiał odpowiednio dalej pokierować. Na koniec wyraził szczerą chęć dalszej pomocy. Przekazał mi numer telefonu na oddział abym mogła sprawdzić czy jest i pozwolił na przyjcie kiedy mi tylko będzie potrzeba.

Wyszliśmy od niego bardzo podbudowani i spokojni. Cieszę się, że jestem tu pod opieką tych lekarzy bo widząc jak szanują pacjentów i nie odczuwa się tak bardzo skali swojego problemu a czuje się spokój, że jest się w dobrych rękach.

Wracając do domu nie mogliśmy ominąć Łagiewnik. Zjedliśmy przepyszny obiad, który przygotowują siostry zakonne a potem odwiedziliśmy kaplicę Bożego Miłosierdzia u sióstr. Znowu udało nam się być o godz 15.00 w godzinie Miłosierdzia. Czy to przypadek …?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *